Czuję się tak trochę, jakbym stała po dwóch stronach piły mechanicznej a ona niebezpiecznie zbliżała się do mego ciałka.
Z jeden strony znów jest zwątpienie, beznadziejność, chamstwo i 'radź sobie sama' i wszystko to usilnie znoszę a mam ochotę pierdolnąć tym dalej niż widzę.
Z drugiej pojawiły się miłe osoby, które chyba nawet mnie lubią, i nie mam powodów twierdzić, żeby nie było to szczere.
Analizuję sobie sytuacje, cele, problemy i jest mi lepiej - bo to, że się zastanawiam nie jest niczym złym - to jest normalne i ciszę się, że mogę przebywać z ludźmi, którzy myślą podobnie.
Wiem, że czasem sprawiam wrażenie, jakbym stała w miejscu - ja zwyczajnie potrzebuję tylko ochłonąć i poczuć SAMA, że to już jest to miejsce i czas by zrobić kolejny krok. Do niczego mi się nie spieszy - życie jest jedno i czy będę gnała jak pojebana czy pójdę spokojnie to i tak niczego wielkiego to nie zmieni.
I nie, nie zachowuję się jakoś bardzo inaczej. Przywykam. Wiem, mam kiepski start ale do tej pory finisz zawsze był okej.
Dziś się uczę. Życia i radzenia sobie z dorosłością.